Facebook Instagram Pinterest

Marokański road trip

Z przyjemnością odkryłam, że Maroko to nie tylko kręte uliczki miast i piaski pustynia. Najbardziej podobały mi się miejsca pomiędzy: senne wioski w górach Atlas, biblijne krajobrazy, parkingi dla osłów, gaje palmowe, przydrożne restauracje i niesamowite górskie widoki. Marzę o tym, żeby wrócic tu na kilka tygodni i przemieszczać się tradycyjnym sposobem, czyli na grzbiecie osiołka.

Maroko - pustynia

Bycie na pustyni to fajne przeżycie. Marokańska Erg Chebbi jest mniej więcej taka, jak zawsze sobie pustynię wyobrażałam: bezkresne przestrzenie, dużo piasku, dużo nieba i wielbłądy jako podstawowy środek transportu. Trochę się bałam, że się zgubię, skończy mi się woda i będę godzinami krążyć w kółko, myląc fatamorganę z oazą, a na koniec umrę z pragnienia. Żeby nie było wątpliwości: nie byłam tam sama, tylko z grupą całkiem rozgraniętych koleżanek oraz, co zapewne ważniejsze, w towarzystwie nie mniej rozgraniętych Beduinów, którzy znają pustynię jak właśną kieszeń (chyba).

Na lekcjach geografii pustynia była koronnym przykładem znacznej dobowej amplitudy - i słusznie. W nocy faktycznie jest zimno (a w ciągu dnia faktczynie jest gorąco, ale to mniej rewolucyjne odkrycie). W beduińskim namiocie śpi się jednak całkiem przyjemnie, przygotowany w obozie tażin smakuje najlepiej na świecie, a niesamowite gwieździste niebo - według lokalsów tutejszy odpowiednik telewizji - wynagradza wszelkie możliwe niedogodności.

Cytrynowy tażin z bakłażanem

Tażin (lub tadżin) to chyba najbardziej znana marokańska potrawa. W Maroku jadłam ją co najmniej raz dziennie, co mogłoby być dosyć monotonne, gdyby nie fakt, że na szczęście tażina można przygotować na wiele różnych sposobów - nazwa odnosi się bowiem do jednogarnkowej potrawy gotowanej w specjalnym naczyniu.

Gliniane naczynie z kominem to również ‘tażin’. Stożkowaty kształt pokrywki umożliwią specyficzną cyrkulację pary wodnej podczas gotowania. Mówiąc nieco konkretniej, postała podczas gotowania para wodna kondensuje się na ściankach komina i spływa na dół bokami, nie osiadając na mięsie i warzywach, które gotujemy. Dzięki temu składniki się nie gotują, tylko pieką i delikatnie brązowieją.

Jeśli nie macie tażina, możecie użyć dowolnego naczynia żaroodpornego z pokrywką. Nie uda się osiągnąć identycznego efektu, ale na pewno również będzie bardzo smacznie. Tradycyjnie danie podgrzewa się na gorących węglach, ale możemy skorzystać też z kuchenki lub piekarnika. Tażina gotujemy na małym ogniu lub wkładamy do piekarnika nagrzanego do niezbyt wysokiej temperatury - długie, wolne gotowanie sprawia, że sos również lekko się karmelizuje i osiąga pełniejszy smak.

Przepis: Cytrynowy tażin z bakłażanem

Porcja dla dwóch osób
Składniki
  • 2 łyżki oleju kokosowego
  • jedna cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżeczki świeżo startego imbiru
  • 3-4 ostre papryczki
  • 2 łyżeczki ras el hanout
  • 2 łyżeczki harrisy
  • kawałek cynamonu
  • 5-6 ziaren kardamonu
  • jeden bakłażan
  • 3-4 kiszone cytryny
  • sok z jednej cytryny
  • łyżka miodu
  • 250 ml passaty pomidorowej
Instrukcje
  • Piekarnik rozgrzewamy do 160C.
  • Cebulę kroimy w pióra, czosnek w cienkie plasterki, bakłażana w dużą kostkę.
  • Rozgrzewamy łyżkę oleju kokosowego w naszym tażinie (lub, jeśli nie mamy, w innym żaroodpornym naczyniu). Dokładnie obsmażamy kawałki bakłażana z każdej strony - powinny być złociste na brzegach, ale nadal twarde wewnątrz.
  • Wyjmujemy z naczynia.
  • Dodajemy drugą łyżkę oleju i podsmażamy cebulę i czosnek na średnim ogniu.
  • Dodajemy ras el hanout, harissę i ostre papryczki w całości.
  • Smażymy przez 1-2 minuty, mieszając.
  • Dodajemy pozostałe składniki: bakłażana, passatę pomidorową, pokrojone w ćwiartki kiszone cytryny, sok z cytryny, honey, cynamon i kardamon. Przykrywamy i wstawiamy naczynie do piekarnika.
  • Dusimy w piekarniku przez 2 - 2,5 godziny, delikatnie mieszając co 45 minut.
  • Podajemy z pieczywem lub kuskusem.

Fez

Maroko kusiło mnie obietnicą orientalnego przepychu i, nie będę Was dłużej trzymała w niepewności, wcale się nie zawiodłam. Spodziewałam się feerii barw, kalejdoskopu kształtów, nieustannej gry świateł i cieni - i tak właśnie było. Na pewno czytaliście o kolorach, od których mieni się w oczach, o zapachach, które kręcą w nosie, o gwarnym tłumie arabskiej medyny - jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało, na żywo było zachwycające.

Dalej będzie równie sztampowo: musicie zgubić się w labiryncie krętych uliczek, zanurzyć w zapachu przypraw, piżma i wonnych olejków, wsłuchać w gwar rozmów ulicznych handlarzy. Ze zgubieniem się nie powinniście mieć problemów - ja też nie miałam, ale ja byłabym w stanie zgubić się po drodze do domu. Tutajesza medyna (czyli stara dzielnica arabskiego miasta) naprawdę jest labiryntem: uliczki często nie mają nazw ani numerów, wszystkie wyglądają podobnie i nawet, jeśli wydaje Wam się, że świetnie orientujecie się w gąszczu sklepów z tażinami i wytwórni toreb, po chwili okazuje się, że sklepik z przyprawami, który sobie zapamietaliście, to tak naprawdę warsztat tkacki i właściwie nie macie pojęcia, gdzie jesteście. Byłam zdziwiona (i oczywiście lekko oburzona), że kierowca taksówki chce zadzwonić do hotelu, żeby ktoś odebrał nas spod murów medyny i zaprowadził na miejsce, ale po przejściu kilku uliczek zrozumiałam dlaczego. Zaryzykuję stwierdzenie, że bez pomocy z zewnątrz nigdy nie udałoby nam się tam trafić.

Przy okazji namawiam Was na znalezienie noclegu w samej medynie, w jednym z pięknych riadów - tradycyjnych marokańskich domów z wewnętrznym dziedzińcem. Mieszkanie w medynie to wspaniała sprawa, bo potęguje uczucie odrealnienia. W obrębie starych murów można przenieść się do średniowiecza praktycznie nie używając wyobraźni. Jeśli, tak jak ja, jesteście fanami zjawisk w rodzaju kury na ulicach, ludzie poruszających się na osłach i wozy drabiniaste blokujących wąskie uliczki, Fez na pewno Wam się spodoba.

Jedynym minusem Fezu jest powszechnie występująca tu instytucja “samozwańczych przewodników”, czyli lokalsów, którzy chcą oprowadzać Was po mieście niezależnie od tego, czy Wy macie na to ochotę, czy nie. Jako cztery blondynki musiałyśmy wydawać się szczególnie łatwym łupem, ale podejrzewam, że ani płeć, ani kolor włosów nie jest w stanie uchronić bladych twarzy przed zakusami gorliwych przewodników. Trudno tego uniknąć - przypadkowo naziązany kontakt wzrokowy wystarczy, żeby ktoś zaczął wskazywać Wam drogę, czekał na Was przez kilkadziesiąt minut, kiedy zatrzymacie się gdzieś na miętową herbatkę i oprowadzał po lokalnych atrakcjach: zawitacie do garbarni jego kuzyna, będziecie zmuszeni odwiedzić sklep z przyprawami prowadzony przez brata. Można próbować takiego przewodnika zgubić, ale raczej się to nie uda, bo on zna medynę jak własną kieszeń i dziwnym trafem zawsze wyrośnie z podziemi, kiedy będziecie odpoczywać w cieniu, popijając świeży sok pomarańczowy i gratulować sobie przebiegłości. Można próbować go zignorować, ale w momencie, kiedy zacznie domagać się zapłaty za swoje usługi, a Wy spróbujecie mu wytłumaczyć, że przecież nie zamieniliście z nim ani jednego słowa i właściwie nie wiecie, skąd się tu wziął, zostaniecie nazwani złymi ludźmi, co, wiem z doświadczenia, nigdy nie jest przyjemne. Zamiast tego proponuję taką osobę od razu dogonić i wyraźnie zaznaczyć, że za nic nie zapłacicie, bo nie macie pieniędzy. Najlepiej dodatkowo pokazać pusty portfel, noszony przy sobie specjalnie na takie okazje.

Mój sposób na zwiedzenie Fezu jest bardzo prosty i nie wymaga planu. Wystarczy iść przed siebie przez cały dzień i niczym się nie przejmować. Po drodze na pewno wstąpicie do jakiejś garbarni, odwiedzicie warsztat włókienniczy, dacie się naciągnąć na wejście na czyjś taras, żeby z góry obejrzeć farbiarnie. Nie ma jednak potrzeby jakoś szczególnie tego planować. Na koniec pewnie i tak będziecie musieli kogoś poprosić, żeby zaprowadził Was z powrotem do riadu i za te drobną przysługę zapłacić.

Dzień najlepiej zakończyć w hammamie. Nie odkryję Ameryki mówiąc, że seria zabiegów pielęgnacyjnych po długim, męczącym dniu to raczej przyjemna sprawa, ale hammam w Fezie był sprawą szczególnie przyjemną. Wydaje mi się, że to głównie za sprawą kontrastu między ilością piasku, pyłu i potu, który udało mi się zgromadzić, spacerując w upalny dzień po medynie, a absolutną czystością, o którą zadbały panie w łaźni. Do dzisiaj całkiem regularnie fantazjuję o tym, że ktoś zmywa ze mnie kurz i brud czarnym mydłem, robi aromatyczny peeling, a na koniec masuje olejkiem arganowym.

Marokańska herbata miętowa

Założę się o 30 dirhamów, że nie uda Wam się spędzić doby w Marakeszu i nie wypić przynajmniej trzech filiżanek słodkiej herbaty z miętą. Marokańczycy piją gorący napar przez cały rok i o każdej porze dnia. Kawiarnie i bary zapełnione są sączącymi herbatę gośćmi, sprzedawcy na sukach częstują nią wytrwale targujących się klientów, a herbata przygotowana i podana przez pana domu to wyraz marokańskiej gościnności.

Jeśli już przyjmiecie zaproszenie na herbatę, grzecznie będzie wypić przynajmniej trzy małe szklaneczki. Herbatę nalewa się z jak największej wysokości; teoertycznie po to, żeby utworzyć delikatną piankę na powierzchni napoju, ale osobiście podejrzewam, że nie bez znaczenia pozostaje chęć zaimponowania patrzącym.

Napój powstaje z marokańskiej mięty i chińskiej herbaty gunpowder, z wyglądu przypominającej proch strzelniczy. Herbaciany zwyczej nie jest więc tak odwieczny, jak można by się spodziewać. Chińska zielona herbata dotarła do Maroka w 1854 roku. Brytyjsky kupcy, sfrustrowani blokadami nałożonymi w wyniku wojny krymskiej i niemożnością dotarcia w rejon Morza Bałtyckiego, postanowili sprzedać ładunki dalekowschodniej herbaty w marokańskich portach. Posunięcie okazało się genialne - Marokańczycy zakochali się w naparze i w ten sposób powstał nowy rynek zbytu dla herbaty z Chin.

Zgodnie z tradycją, napar nalewany jest trzy razy. Liście zielonej herbaty pozostawia się w czajniczku, więc za każdym razem smak jest inny. Według marokańskiego powiedzenia, pierwsza szklaneczka jest słodka jak życie, druga mocna jak miłość, trzecia - gorzka jak śmierć.

Przepis: Marokańska herbata miętowa

Składniki na 6 małych szklaneczek
Składniki
  • 3 łyżeczki zielonej herbaty
  • 3 łyżeczki brązowego cukru
  • 10 gałązek świeżej mięty
  • 4 szklanki wody
Instrukcje
  • Wsypcie herbatę do dzbanka. Wodę zagotujcie i zalejcie nią herbatę. Odstawcie na 2 minuty.
  • Dodajcie cukier i wymieszajcie.
  • Dodajcie gałązki mięty. Odstawcie na 3-4 minuty.
  • Nalewajcie do małych szlaneczek z dużej wysokości. Możecie udekorować świeżą miętą.