Facebook Instagram Pinterest

NOPI

NOPI to rewelacyjne miejsce, ale czego innego można spodziewać się po restauracji Yotama Ottolenghiego? Należę do rzeszy entuzjastycznych fanów jego kuchni, książek kucharskich i podejścia do gotowania i jedzenia. Dużo warzyw, wirtuozyjne połączenia smaków, bogactwo ziół i przypraw oraz akcenty bliskowschodnie i śródziemnomorskie to dla mnie zapowiedź idealnego posiłku.

Ottolenghi firmuje swoim nazwiskiem kilka londyńskich restauracji. Na razie miałam okazję odwiedzić tylko NOPI, ale oczywiście nie zamierzam na tym poprzestawać. Lokal ma dwa poziomy - na górze jest nieco bardziej elegancko, na dole przytulniej i mniej formalnie. Nie jestem zwolenniczką sztywno wykrochmalonych obrusów i niewygodnych krzeseł, dlatego na wszelki wypadek zarezerwowałam miejsca na dole, przy wspólnym stole i z widokiem na kuchnię. Muszę jednak przyznać, że na górze też nie jest szczególnie przerażająco - taką dozę elegancji mogę spokojnie przeżyć. Wnętrze jest raczej proste, jasne, pełne kwiatów, ciekawych detalami i złotych akcentów.

Sporą część menu stanowią mniejsze dania, które można zamówić jako przystawkę albo - lepiej - skomponować z nich posiłek do podziału ze współbiesiadnikami. To zdecydowanie moja ulubiona formuła, bo można spróbować różnych dań. A w NOPI miałam ochotę zamówić praktycznie wszystkie pozycje z karty.

Podjęcie jakichkolwiek decyzji było dużym wyzwaniem, ale ostatecznie trzeba było coś wybrać. Razem z koleżanką zaczęłyśmy od burraty z czerwoną pomarańczą i nasionami kolendry. Była to najlepsza burrata, jaką kiedykolwiek jadłam: idealnie kremowa i po prostu wspaniała. Świetne były też przegrzebki z puree z jabłek i yuzu, słodkie ziemniaki z fetą, pieczony bakłażan i sałatka z okrą. Gwiazdą wieczoru okazała się polędwica z jelenia z jeżynami: miękka, idealnie wysmażona i pełna smaku. Menu zmienia się co jakiś czas, więc dania mogą być trochę inne w zależności od pory roku. Ale na pewno zawsze są pyszne! A burrata z kolendrą, stworzona przez Ramaela Scully, to jedna ze stałych pozycji.

Cały ten tekst jest przesadnie entuzjastyczny, ale nic nie poradzę na to, że to naprawdę świetne miejsce. Dobre na wieczór biesiadowania, picia wina i rozmów o jedzeniu. Jeśli będziecie mieli okazję, przekonajcie się osobiście. Jak można się domyślić, miejsce jest dosyć popularne, więc pamiętajcie, żeby zarezerwować sobie stolik.

NOPI, 21-22 Warwick Street, Londyn

Cereal Killer Cafe

Ponad 120 rodzajów płatków, które można łączyć z 30 rodzajami mleka i 20 różnymi dodatkami. Nawet, jeśli nie jesteście fanami płatków na śniadanie, musicie przyznać, że lokal specjalizujący się w tym porannym klasyku to ciekawa inicjatywa.

W londyńskim Cereal Killer Cafe znajdziecie szeroki wybór płatków amerykańskich i brytyjskich, a także zbożowe specjały Francji, Hiszpanii, Australii i Argentyny. Oprócz mleka krowiego (w wersji pełnotłustej, półtłustej i odtłuszczonej), dostępnych jest kilka rodzajów mleka roślinnego, np. owsiane, kokosowe i migdałowe, a dzięki różnym syropom możemy nadać mu smak owoców, masła orzechowego albo gumy balonowej.

Większość ludzi traci grunt pod nogami zaraz po zapoznaniu sie z dostępnymi opcjami, dlatego skomponowane przez właścicieli mieszanki płatków i mleka okazują się prawdziwym wybawieniem. Kompletnie nie znam się na płatkach, więc po chwili namysłu wybrałam połączenie o obiecującej nazwie "podwójna tęcza" i byłam całkiem zadowolona (było słodko i kolorowo, czego chcieć więcej?).

Na szczęście Cereal Killer Cafe serwuje również kawę, bo po takiej ilości cukru gorzkie espresso okazało się niezbędne.

Cereal Killer Cafe, 193 Brick Lane, Londyn

Borough Market

Borough Market to jeden z największych i najstarszych targów w Lodnynie. Okolice London Bridge przyciągały kupców już w XI wieku. Borough Market był popularnym miejscem kupna i sprzedaży zboża, ryb, warzyw i bydła. W pewnym momencie nawet zbyt popularnym - angielski parlament zamknął targ w 1755 roku, ponieważ powodował spore utrudnienia w ruchu drogowym. Grupie mieszkańców udało się jednak zebrać wystarczające środki, żeby kupić kawałek ziemi należący do kościoła Świętej Małgorzaty i w 1756 roku ponownie otworzyć targ odrobinę dalej.

Dzisiaj Borough Market jest mekką szefów kuchni, miłośników gotowania i wszelkiego rodzaju łakomczuchów, do których sama należę. Można tu kupić wszystko, od różnych rodzajów warzyw i serów, po burgery z kangura i przegrzebki z bekonem. Moje ulubione stoiska oferują paellę z owocami morza, świeże ostrygi, młode ziemniaki z roztopionym raclette i wyciskane soki we wszystkich kolorach tęczy.

Borough Market, 8 Southwark Street, Londyn

(zamknięty w niedzielę)

Oyster & Porter House

Ostrygi i piwo? Może brzmi to jak brutalny zamach na świętość szampańskiej tradycji, ale wcale nie jest to taki nowy pomysł. Zwyczaj łączenia ostryg i ciemnego piwa narodził się w XVIII wieku, kiedy ostrygi były tanią i łatwo dostępną przekąską w portowych tawernach. Na początku XX wieku ławice ostryg zostały poważnie zniszczone, co wpłynęło na wzrost cen. Ostrygi stały się produktem luksusowym, który bardziej pasuje do kryształowej lampki szampana niż kufla piwa.

Lodnyński Oyster & Porter House, jak sama nazwa wskazuje, serwuje i piwo, i ostrygi. Miejsce znajduje się w sąsiedztwie Borough Marketu, więc kulinarna konkurencja jest olbrzymia. Jak na profesjonalny oyster bar przystało, do wyboru jest zawsze kilka rodzajów ostryg - głównie z Francji i Irlandii, ale też Hiszpanii, Japonii, okolic Nowego Orleanu. Oprócz ostryg serwowane są też inne dania ze świeżych ryb i owoców morza, np. kornwalijskie kraby, atlantyckie krewetki i pyszny angielski pie z wołowiną, Guinessem i ostrygami. Ostrygowi tradycjonaliści nie powinni czuć się zawiedzeni - jest tu też całkiem długa lista win i szampanów.

Mogę osobiście potwierdzić, że ciemne piwo naprawdę dobrze pasuje do ostryg; szczególnie warzony z dodatkiem ostryg oyster stout. Zdarza się, że współczesne oyster stouty to po prostu piwa, które dobrze smakują w połączeniu z ostrygami. Niektóre browary pozostają jednak wierne tradycji i faktycznie wrzucają do beczki garść ostryg.

W każdym razie pół tuzina ostryg i szklanka ciemnego piwa to lunch idealny.

Oyster & Porter House, The Wright Brothers

11 Stoney Street, Borough Market

Londyn

Flambeeria

Tarte flambée to tradycyjny alzacki placek wypiekany z ciasta chlebowego w opalanym drewnem piecu, w wersji najbardziej klasycznej z dodatkiem crème fraîche, boczku i cebuli. W tym przypadku słowo flambée nie ma nic współnego z flambirowaniem; odnosi się do płomieni ognia, które muskają ciasto w piecu - brzegi tarty powinny być co najmniej mocno pozłocone, a najlepiej lekko przypalone. Ten alzacki przysmak od niedawna można zjeść w centrum Warszawy, w lokalu o wiele mówiącej nazwie Flambéeria. Ze współtwórcami Flamberii, Agnieszką Wiewiórską i Krzysztofem Wołyńcem, rozmawiam o dobrym winie i sekretach wypiekania ciasta.

Tarte flambée to regionalne danie alzackie, ale sama Flambéeria nie jest restauracją z kuchnią alzacką.

Nie podejmujemy się próby przeniesienia Alzacji nad Wisłę. Alzacja i tarte flambée to tylko punkt wyjścia; lokal określilibyśmy raczej jako europejski ze wpływami z różnych krajów. Koncepcja została stworzona ze wspomnień z wielu kulinarnych podróży. Zespół tworzący Flambéerię to grupa bliższych i dalszych znajomych - każdy wniósł coś od siebie, swoje doświadczenia i inspiracje. Żeby było śmieszniej, z tarte flambée po raz pierwszy zetknęliśmy się nie we Francji, tylko w Kijowie i w Afryce Południowej.

Skąd pomysł na kartę opartą na alzackiej tarcie?

Tak naprawdę wszystko zaczęło się nie od ciasta, ale od wina. Naszą idée fixe przez długi czas było stworzenie miejsca, w którym będzie można napić się bardzo dobrego wina musującego w bardzo przystępnych cenach. Do tego chcieliśmy dodać ciekawą przekąskę i w którymś momencie pomyśleliśmy, że cieniutka tarta będzie idealne pasowała do wina musującego.

Potwierdzam, połączenie faktycznie jest genialne.

Niestety to był dopiero początek - okazało się, że odtworzenie ciasta wcale nie będzie takie proste. Na szczęście pojawił się Krzysztof, który jest ekspertem w dziedzinie ciasta chlebowego i naszym mistrzem tarte flambée.

Krzysztofie, skąd wzięła się u Ciebie pasja do ciasta?

Wszystko zaczęło się od innej pasji - mojej szaleńczej miłości do Włoch. Od zawsze wiedziałem, że Italia to moje miejsce. Przyjaciele uważają mnie za dziwaka, bo uznaję tylko jeden kierunek wakacyjnych wojaży - Włochy. Spędzam tam każdą wolną chwilę. Kilka lat temu postanowiłem wyjechać na dłużej. Chciałem zasmakować włoskiego życia i zdobyć doświadczenie, nie zakładałem, czy zostanę tam przez rok czy przez miesiąc. Ostatecznie mieszkałem w słonecznej Abruzji przez prawie cztery lata. Zacząłem od przygód z różnymi zawodami, od początku intrygowało mnie ciasto na pizzę i wszystkie tajniki dotyczące jego przygotowania. Pracowałem w kilku restauracjach, w końcu powierzono mi prowadzenie pizzerii. Wszystkie te miejsca były tradycyjne, uczciwe, kolacje jadali tu miejscowi.

Każdego dnia realizowałem moją miłość do Włoch. Pracę zaczynałem popołudniami, więc przedpołudnia spędzałem na adriatyckiej plaży. Każdy wieczór rozpoczynał się od rozpalania pieca, a kończył wypiekaniem chleba z resztek ciasta. Okazało się, że fizyczna praca przy piecu chlebowym - codzienne rąbanie drewna, wyrabianie ciasta, wynoszenie popiołu - jest dla mnie fascynująca i oczyszczająca.

Po powrocie do Polski starałem się skopiować część Włoch dla siebie samego. Dzień zaczynam od kawy z rogalikiem, nie jadam na śniadanie jajecznicy. Brakowało tylko ciepłego morza i pieca chlebowego. Na szczęście piec się znalazł, a tarte flambée okazała się ciekawym wyzwaniem.

Czy tarte flambée bardzo różni się od pizzy?

Na pierwszy rzut oka są podobne. Tarte flambée ma trochę inny kształt, jest cieńsza i krojona w inny sposób. Jednak jak zwykle jednak diabeł tkwi w szczegółach i stworzenie idealnego przepisu wymagało laboratoryjnych wręcz eksperymentów, testowania różnych rodzajów mąki, wielu prób i błędów. Składniki obu ciast są podobne - mąka, woda, drożdże, sól i oliwa, ale znalezienie idealnych proporcji i sposobu wyrabiania wymagało sporo pracy. Ciasto włoskie jest rozciągane za pomocą rąk, tutaj konieczne jest użycie wałka, ciasto musi być naprawdę cieniutkie. Musiałem mocno dyscyplinować się, żeby nie pójść w kierunku lepiej znanej mi pizzy.

Na szczęście udało się, receptura została spisana. Teraz dopracowaliśmy przepis na ciasto z mąki bezglutenowej.

Menu jest krótkie, ale świetnie skomponowane.

Na razie mamy dwie sałaty i kilka rodzajów tarte flambée. Pierwsza jest ukłonem w stronę alzackiej tradycji (klasyczne połączenie boczku i cebuli), pozostałe to luźne wariacje na temat. Bazą wszystkich wypieków jest crème fraîche, zmieniają się dodatki. Mamy np. pikantną tartę z chorizo i krewetkami, wersję z białą kiełbasą, ziemniakami i świeżym rozmarynem, gruszkę z gorgonzolą i kwiatami lawendą. Na razie dostępna jest jedna słodka pozycja, tarte flambée z jabłkami, cynamonem i brązowym cukrem, niedługo poszerzymy wybór. Karta nie jest obszerna, ale wszystkie połączenia przetestowaliśmy sami i dlatego polecamy je gościom.

No i jest obiecane wino musujące.

Przy winach kierowaliśmy się podobnym kluczem - wybraliśmy to, co sami sprawdziliśmy i co bardzo lubimy (testowaliśmy wina z równym zapałem, co ciasto). Oczywiście mamy wino musujące. Bardzo smakuje nam rześka i pobudzająca Glera, w wersji frizzante lub spumante. Przygotowaliśmy też koktajle na jej bazie. Mamy klasyczny Kir (znowu kombinujemy: francuski crème de cassis uzupełniamy włoskim winem), Mimozę i autorską wersja Bellini, z robionym przez nas chutneyem z nektarynek lub gruszek (w zależności od sezonu) z rozmarynem. Są też wina niemusujące - delikatne Flying Solo z Langwedocji i cięższe, pełniejsze wina włoskie. Na razie nie ma win alzackich, są za to koktajle na bazie mocniejszych alkoholi, piwo i cydr. Podobnie jak w przypadku jedzenia, oferta trunków to połączenie różnych doświadczeń, pomysłów i inspiracji.

Jeśli jeszcze nie jedliście tarte flambée, spróbujcie koniecznie. Osobiście, ku własnemu zaskoczeniu, zostałam fanką tej najprostszej, z boczkiem i cebulą. Z drugiej strony, boczek, cebula i śmietana to szaleńczo trafna kombinacja i idealny pomysł na zrekompensowanie sobie kiepskiej pogody za oknem. Co więcej, taka przyjemność raczej nie zrujnuje naszego budżetu - tarta klasyczna kosztuje 16 złotych, do tego kieliszek Glery w obiecanej dobrej cenie 8 złotych. Jak widać, może być i dobrze, i smacznie, i niedrogo. Moim zdaniem wino musujące powinno się pić przy każdej okazji. Niedawno odkryłam skandaliczne połączenie hot dogów z szampanem i wydawało mi się, że nie ma nic lepszego, ale teraz jestem skłonna przyznać, że cieniutka alzacka tarta i kieliszek Glery wypada jeszcze lepiej. Miejsce jest świetne na długie wieczory w gronie znajomych, na dzielenie się różnymi smakami tarte flambée i toasty wznoszone nektarynkowym lub gruszkowym FlamBellini. Tylko nie zapominajcie, że bąbelki bywają zdradzieckie!

Flambéeria, ul. Hoża 61, Warszawa

Poprzednia strona
Moje ulubione posty