Facebook Instagram Pinterest

Jezioro Como

Krótki wypoczynek nad Jeziorem Como okazał się idealnym zakończeniem narciarskiego wyjazdu. Jest tam naprawdę pięknie: lazurowa woda, skaliste szczyty Alp i urokliwe miasteczka z wąskimi uliczkami. Byłoby tak pięknie, że aż nudno, gdyby nie ekscytujące doznania kulinarne.

Restaurację La Fattoria w Gravedonie polecil nam właściciel mieszkania, w którym się zatrzymaliśmy. Trzeba wjechać w górę niekończącymi się serpentynami, ale zdecydowanie warto. W sobotni wieczór biesiadowały tam włoskie rodziny, jedzenie było pyszne, a obsługa przesympatyczna - czuliśmy się jak na kolacji u dobrych znajomych. Miejsce specjalizuje się w regionalnych potrawach. Po raz pierwszy jadłam sciatt, czyli smażone kulki z lokalnego sera, panierowane w mące gryczanej. Potem skusiłam się na najcięższe danie świata, czyli pizzoccheri: robiony na miejscu gryczany makaron z ziemniakami i mnóstwem sera. Nigdy nie odpuszczam też mojego ulubionego włoskiego deseru, czyli domowego tiramisu. Było pyszne!

Następnego dnia spacerowaliśmy po malowniczych uliczkach Varenny. Na lunch wybraliśmy jednak pobliską wioskę, Perledo. Znowu musieliśmy pokonać szalone serpentyny, ale już wiedzieliśmy, że to dobry znak. Crott del Meo to fantastyczne miejsce! Nie ma tu karty dań, jest tylko przesymptyczny szef kuchni, Carlo, który zadaje gościom kilka pytań, a potem przynosi to, co uważa za stosowne. W naszym przypadku była to deska regionalnych serów i wędlin, kolejna porcja pizzoccheri oraz obłędnie pyszne ravioli z ricottą. Tiramisu wyglądało świetnie, ale nie zdążyliśmy go zjeść, bo musieliśmy jechać na lotnisko. Trzeba będzie wrócić!

Val di Sole

Val di Sole w marcu, czyli oczywiście góry, narty i śnieg, ale też dużo słońca, kawa z widokiem na kościelną wieżę i jabłonki oraz pyszne włoskie jedzenie. Oprócz pizzy i tiramisu zajadałam się pizzoccheri (popularnym na północy Włoch makaronem z mąki grycznej) z ziemniakami i serem oraz canederli in brodo - włoską odmianą knedli w aromatycznym rosole. Lokalna kuchnia do lekkich zdecydowanie nie należy i niestety wydaje mi się, że mimo spalonych na stoku kalorii, ich bilans wyszedł dodatni.

Tanjung Luar

Tanjung Luar, położony we wschodniej części indonezyjskiego Lomboku, to największe targowisko na wyspie. Targ zaczyna się bardzo wcześnie rano, zanim zrobi się nieznośnie gorąco i słonecznie. Ludzie przyjeżdżają z okolicznych wiosek skuterami, konnymi dorożkami albo stłoczeni na samochodowych przyczepach. Jest gwarno, tłoczno i kolorowo: najróżniejsze gatunki ryb, czasem w kolorowych wiadrach na bryłach nieubłagalnie roztapiającego się lodu, czasem po prostu na ziemi.

Balijski street food

Kuchnia balijska przypadła mi do gustu od pierwszego kęsa, a liczne stragany i wędrowni sprzedawcy kusili bogactwem smaków na każdym kroku i sprawili, że praktycznie nie przestawałam jeść. Oto moje ulubione balijskie dania:

1. sataje - czyli grillowane szaszłyczki. Tradycyjne indonezyjskie sataje to po prostu kawałki mięsa (najczęściej kurczaka lub wieprzowiny) grillowane na patyku, podane z pysznym sosem z orzeszków ziemnych. Balijska wersja, sate lilit, jest nieco bardziej wyrafinowana i składa się z mielonego mięsa (znowu kurczak lub wieprzowina) lub ryby (ku mojej radości często był to tuńczyk), świeżo startego kokosa i basa gede. Basa gede to absolutna podstawa balijskiej kuchni. Jest to tradycyjnie ucierana w moździerzu żółta pasta, którą robi się z korzenia kurkumy, galangalu, imbiru, papryczek chili, szalotek, czosnku, kolendry, goździków i gałki muszkatołowej.

2. nasi goreng - smażony ryż, czyli indonezyjski klasyk, prosty i bardzo smaczny. Dobry na śniadanie, obiad i kolację.

3. pepes ikan - ryba z dodatkiem basa gede, grillowana w liściach bananowca. Pyszna i satysfakcjonująca przekąska.

4. bakso ayam - jako wielka fanka wszelkich azjatyckich zup, nie mogłam przejść obojętnie obok wózka z pysznym rosołkiem z kurczaka.

5. ikan bakar - czyli po prostu ryba z grilla. Wiadomo, idealnie świeża ryba to świetna sprawa! Szczególnie, jeśli jest podana z balijskim sambalem - ostrym sosem z papryczek chili z dodatkiem szalotek, cukru kokosowego, trawy cytrynowej i soku z limonki.

6. lak lak pandan - jeśli chodzi o desery, zwykle zadowalałam się wspaniałymi, idealnie dojrzałymi owocami. Zakochałam się jednak w tych pysznych balijskich ciasteczkach z mąki ryżowej barwionych liśćmi pandanu, ze wspaniałym dodatkiem w postaci syropu z cukru kokosowego i świeżo startego kokosa.

7. es kelapa muda - najlepszy napój na świecie: miąższ i woda z młodego kokosa (która sama w sobie też jest jednym z najlepszych napojów na świecie), mleko skondensowane, lód i bardzo aromatyczny sok z limonki. Idealne orzeźwienie!

Canang Sari: Pokarm bogów

Canang sari to ofiary składane codziennie przez Balijczyków. Znajdziemy je wszędzie - nie tylko w publicznych i domowych świątyniach (tak, każdy dom ma własną świątynię), ale też na ulicy, przed sklepami, na skuterach i samochodach. Ofiary mają postać koszyczka wykonanego z liści palmy kokosowej i często zawierają element poczęstunku: ziarna ryżu, krakersy, cukierki a nawet kawę i papierosy. Leżą dosłownie wszędzie i łatwo przypadkowo na nie nadepnąć, ale na szczęście należą do sfery sacrum tylko do momentu wypalenia się kadzidełka. Później znowu stają się ziemskimi przedmiotami i są po prostu pięknymi śmieciami.

Poprzednia strona